Wednesday, 15 October 2008

A Christmas Carol

William Topaz McGonagall

WELCOME, sweet Christmas, blest be the morn
That Christ our Saviour was born!
Earth's Redeemer, to save us from all danger,
And, as the Holy Record tells, born in a manger.

Chorus --
Then ring, ring, Christmas bells,
Till your sweet music o'er the kingdom swells,
To warn the people to respect the morn
That Christ their Saviour was born.

The snow was on the ground when Christ was born,
And the Virgin Mary His mother felt very forlorn
As she lay in a horse's stall at a roadside inn,
Till Christ our Saviour was born to free us from sin.

Oh! think of the Virgin Mary as she lay
In a lowly stable on a bed of hay,
And angels watching O'er her till Christ was born,
Therefore all the people should respect Christmas morn.

The way to respect Christmas time
Is not by drinking whisky or wine,
But to sing praises to God on Christmas morn,
The time that Jesus Christ His Son was born;

Whom He sent into the world to save sinners from hell
And by believing in Him in heaven we'll dwell;
Then blest be the morn that Christ was born,
Who can save us from hell, death, and scorn.

Then he warned, and respect the Saviour dear,
And treat with less respect the New Year,
And respect always the blessed morn
That Christ our Saviour was born.

For each new morn to the Christian is dear,
As well as the morn of the New Year,
And he thanks God for the light of each new morn.
Especially the morn that Christ was born.

Therefore, good people, be warned in time,
And on Christmas morn don't get drunk with wine
But praise God above on Christmas morn,
Who sent His Son to save us from hell and scorn.

There the heavenly babe He lay
In a stall among a lot of hay,
While the Angel Host by Bethlehem
Sang a beautiful and heavenly anthem.

Christmas time ought to be held most dear,
Much more so than the New Year,
Because that's the time that Christ was born,
Therefore respect Christmas morn.

And let the rich be kind to the poor,
And think of the hardships they do endure,
Who are neither clothed nor fed,
And Many without a blanket to their bed.

Nature's Cook

Margaret Cavendish 1653

DEATH is the Cook of Nature; and we find
Meat drest severall waies to please her Mind.
Some Meates shee rosts with Feavers, burning hot,
And some shee boiles with Dropsies in a Pot.
Some for Gelly consuming by degrees,
And some with Ulcers, Gravie out to squeese.
Some Flesh as Sage she stuffs with Gouts, and Paines,
Others for tender Meat hangs up in Chaines.
Some in the Sea she pickles up to keep,
Others, as Brawne is sous'd, those in Wine steep.
Some with the Pox, chops Flesh, and Bones so small,
Of which She makes a French Fricasse withall.
Some on Gridirons of Calenture* is broyl'd,
And some is trodden on, and so quite spoyl'd.
But those are bak'd, when smother'd they do dye,
By Hectick Feavers some Meat She doth fry.
In Sweat sometimes she stues with savoury smell,
A Hodge-Podge of Diseases tasteth well.
Braines drest with Apoplexy to Natures wish,
Or swimmes with Sauce of Megrimes in a Dish.
And Tongues she dries with Smoak from Stomack's ill,
Which as the second Course she sends up still.
Then Death cuts Throats, for Blood-puddings to make,
And puts them in the Guts, which Collicks rack.
Some hunted are by Death, for Deere that's red.
Or Stal-fed Oxen, knocked on the Head.
Some for Bacon by Death are Sing'd, or scal'd,
Then powdered up with Flegme, and Rhume that's salt.

Wednesday, 17 September 2008

mayn rue-plats

by Morris Rosenfeld

Nit sukh mikh vu di mirtn grinen,
Gefinst mikh dortn nit, mayn shats.
Vu lebns velkn bay mashinen,
Dortn is mayn rue-plats.

Nit sukh mikh vu di feygl singn,
Gefinst mikh dortn nit, mayn shats.
A shklaf bin ikh, vu keytn klingn,
Dortn is mayn rue-plats.

Nit such mikh vu fontanen shpritsn,
Gefinst mikh dortn nit, mayn shats.
Vu trern rinen, tseyner kritsn,
Dortn is mayn rue-plats.

Un libstu mikh mit varer libe,
To kum tsu mir mayn guter shats.
Un hayter oyf mayn harts, dos tribe,
Un makh mir sis mayn rue-plats.

Wednesday, 10 September 2008

Pani Twardowska

Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha cha, chi chi, hejza, hola!

Twardowski siadł w końcu stoła.
Podparł się w boki jak basza;
"Hulaj dusza! hulaj!" - woła,
Śmieszy, tumani, przestrasza.

Żołnierzowi, co grał zucha,
Wszystkich łaje i potrąca,
Świsnął szablą koło ucha,
Już z żołnierza masz zająca.

Na patrona z trybunału,
Co milczkiem wypróżniał rondel,
Zadzwonił kieską pomału,
Z patrona robi się kondel.

Szewcu w nos wyciął trzy szczutki,
Do łba przymknął trzy rureczki,
Cmoknął, cmok, i gdańskiej wódki
Wytoczył ze łba pół beczki.

Wtem gdy wódkę pił z kielicha.
Kielich zaświstał, zazgrzytał;
Patrzy na dno: Co u licha?
Po coś tu, kumie, zawitał?

Diablik to był w wódce na dnie,
Istny Niemiec, sztuczka kusa;
Skłonił się gościom układnie,
Zdjął kapelusz i dał susa.

Z kielicha aż na podłogę
Pada, rośnie na dwa łokcie,
Nos jak haczyk, kurzą nogę
I krogulcze ma paznokcie.

"A! Twardowski; witam, bracie!"
To mówiąc bieży obcesem:
"Cóż to, czyliż mię nie znacie?
Jestem Mefistofelesem.

Wszak ze mnąś na Łysej Górze
Robił o duszę zapisy;
Cyrograf na byczeJ skórze
Podpisaleś ty, i bisy

Miały słuchać twego rymu;
Ty, jak dwa lata przebiegą,
Miałeś pojechać do Rzymu,
By cię tam porwać jak swego.

Już i siedem lat uciekło,
Cyrograf nadal nie służy;
Ty, czarami dręcząc piekło,
Ani myślisz o podróży.

Ale zemsta, choć leniwa,
Nagnała cię w nasze sieci;
Ta karczma Rzym się nazywa,
Kładę areszt na waszeci."

Twardowski ku drzwióm się kwapił
Na takie dictum acerbum,
Diabeł za kuntusz ułapił:
"A gdzie jest nobile verbum?"

Co tu począć? kusa rada,
Przyjdzie już nałożyć głową.
Twardowski na koncept wpada
I zadaje trudność nową.

"Patrz w kontrakt, Mefistofilu,
Tam warunki takie stoją:
Po latach tylu a tylu,
Gdy przyjdziesz brać duszę moją,

Będę miał prawo trzy razy
Zaprząc ciebie do roboty?
A ty najtwardsze rozkazy
Musisz spełnić co do joty.

Patrz, oto jest karczmy godło,
Koń malowany na płótnie;
Ja chcę mu wskoczyć na siodło,
A koń niech z kopyta utnie.

Skręć mi przy tym biczyk z piasku,
Żebym miał czym konia chłostać,
I wymuruj gmach w tym lasku,
Bym miał gdzie na popas zostać.

Gmach będzie z ziarnek orzecha,
Wysoki pod szczyt Krępaku,
Z bród żydowskich ma być strzecha,
Pobita nasieniem z maku.

Patrz, oto na miarę ćwieczek,
Cal gruby. długi trzy cale,
W każde z makowych ziareczek
Wbij mi takie. trzy bratnale".

Mefistofil duchem skoczy,
Konia czyści, karmi, poi,
Potem bicz z piasku utoczy
I już w gotowości stoi.

Twardowski dosiadł biegusa,
Próbuje podskoków, zwrotów,
Stępa, galopuje, kłusa,
Patrzy, aż i gmach już gotów.

No! wygrałeś, panie bisie;
Lecz druga rzecz nic skończona,
Trzeba skąpać się w tej misie,
A to jest woda święcona.

Diabeł kurczy się i krztusi,
Aż zimny pot na nim bije;
Lecz pan każe, sługa musi,
Skąpał się biedak po szyję.

Wyleciał potem jak z procy,
Otrząsł się, dbrum! parsknął raźnie.
"Teraz jużeś w naszej mocy,
Najgorętsząm odbył łaźnię."

"Jeszcze jedno, będzie kwita,
Zaraz pęknie moc czartowska;
Patrzaj, oto jest kobiéta,
Moja żoneczka Twardowska.

Ja na rok u Belzebuba
Przyjmę za ciebie mieszkanie,
Niech przez ten rok moja luba
Z tobą jak z mężem zostanie.

Przysiąż jej miłość, szacunek
I posłuszeństwo bez granic;
Złamiesz choć jeden warunek.
Już cała ugoda za nic."

Diabeł do niego pół ucha,
Pół oka zwrócił do samki,
Niby patrzy, niby słucha,
Tymczasem już blisko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha,
Czmychnąwszy dziurką od klucza,
Dotąd jak czmycha, tak czmycha.

Tuesday, 9 September 2008

Frau Twardowska

Carl von Blankensee after Adam Mickiewicz

Ei, das tanzt, das lärmt und trinket!
Ei, das Völkchen, das versteht es!
Wie die Schenke um nicht sinket!
Heisa! hopsa! heisa! geht es.

Twardowski sitzt hinten weiter,
Stürzt die Seiten mit dem Armen:
»Lustig, Leute, lustig!« schreit er,
Neckt und höhnt und schreckt die Armen.

Einem Kriegsknecht, der die Fabel
Seines Muts erzählt beim Glase,
Pfiff ums Ohr er mit dem Sabel:
Sieh', der Kriegsknecht ward ein Hase.

Vom Gericht dem Advokaten,
Welcher still die Schüßel leerte,
Klappert sacht er mit Dukaten:
Windhund ward der Rechtsgelehrte.

Schuster kriegt drei Nasenstüber
Und drei Röhrchen in die Löcher;
Ein Faß Danziger und drüber
Zapft er aus dem Kopf dem Zecher.

Aus dem Glas schlürft das Getränk er,
Horch! da hört er drin Geknatter;
Schaut hinein drum: »Ei, was Henker!
Was wollt Ihr denn hier, Gevatter?«

Teufelchen saß auf dem Boden,
Steifgekleidet zierlich Jüngchen,
Grüßte nach der neusten Moden,
Zieht den Hut und macht ein Sprüngchen,

Wuchs zwei Ellen, eh' vom Glase
Auf den Boden er gefallen;
Hahnenfuß und krumme Nase,
An den Fingern Sperberkrallen.

»Ah... Twardowski! nun, ich grüß' dich!«
Sprach's und rückte ihm zu Kleide.
»Dein Gedächtnis, scheints verließ dich:
Dächte doch, wir kenn'n uns Beide!

Hast du nicht in den Karpaten
Deine Seele mir verhandelt?
Haben wir nicht die Traktaten,
Du geschrieben, ich gesandelt?

Ich gab mich dir zum Gesellen,
Du versprachst, nach dreien Jahren
Dich in Rom mir zu gestellen,
Um mit mir zur Höll zu fahren.

Sieben Jahre schon verliefen,
Deine Handschrift ist verfallen:
Du, ein Schreck der Hölle Tiefen,
Denkst nicht dran, nach Rom zu wallen.

Doch die Rache, wie sie lahme,
Lockte dich uns ins Gehege;
Dieser Krug: Rom ist sein Name;
Mit Arrest ich Euch belege!«

Twardowski will aus dem Hause
Auf ein solch dictum acerbum:
Teufel packt ihn bei der Krause:
»At ubi nobile verbum?«

Ja, die Sache scheint verteufelt:
Hier heißt's sich zum Tod bereiten;
Doch Twardowski nicht verzweifelt,
Macht schon neue Schwierigkeiten:

»Schau in den Kontrakt, mein Lieber,
Dort, merk auf, giebt's eine Stelle:
Wenn nun meine Zeit vorüber,
Und ich mit dir soll zur Hölle,

Darf ich noch zu dreien Malen
Dich als Herr zur Arbeit zwingen,
Und du mußt, was wir befahlen,
Bis aufs Jota uns vollbringen.

Schau, dort hängt der Schenke Zeichen,
Schmuckes Pferd, gemalt auf Linnen,
Ich begehr es zu besteigen,
Und das Pferd trag mich von hinnen.

Dreh mir eine Peitsch' aus Sande,
Daß ich's auch womit kann treiben,
Und ein Wirtshaus bring zu Stande,
Wo zur Fütt'rung ich kann bleiben.

Aus Nußkern das Wirtshaus mache,
Höher nicht als die Karpaten
Judenbärte nimm zum Dache,
Und Mohnkörnchen brauch als Latten.

Schau dies Zweckchen, ein Zoll Dicke,
Drei Zoll lang, das nimm zum Masse,
In die Körner, Stück bei Stücke,
Drei mir solcher Nägel passe!«

Mephistophel, sausend springt er,
Putzt das Rößlein, füttert, tränket,
Drauf die Peitsch' aus Sande schlingt er,
Und ist fertig, eh' man's denket.

Auf den Renner steigt Twardowski
Reitet Schritt und galoppiret,
Prüft in Allem ihn als Kenner. Sieh!
Das Haus ist auch vollführet.

»Nun, gewonnen, Euer Gnaden!
Doch das Zweit' ist zu beginnen:
Hier im Napf mußt du duch baden,
Und Weihwasser, wiss' ist drinnen.«

Teufel würgt sich, er kriegt Zucken,
Sein Gesicht wird immer blasser;
Doch Knecht ist er, darf nicht mucken,
Köpflings stürzt er sich ins Wasser;

Fliegt heraus mit Blitzesschnelle,
Schüttelt sich und prustet grimmig:
»Jetzt bist unser du, Geselle!
Nie ein heißer Bad durchschwimm' ich.«

»Eins nur fehlt noch, nichts dann drüber,
Nun das letzte Zeitvertreibchen!
Schau die dort, uns gegenüber,
Frau Twardowska ist's, mein Weibchen.

Ich will auf ein Jahr statt deiner
Bei Beelzebub logiren,
Auf das Jahr magst du statt meiner
Dich bei meinem Schatz quartiren.

Lieb und Treue ihr gelobe,
Zum Gehorsam dich verpflichte.
Wenn du nicht bestehst die Probe,
Ist der ganze Pakt zu nichte.«

Halb nach ihm nur hört der Teufel,
Halb er nach dem Schätzen sahe;
Ob er hört und sah, litt Zweifel,
Denn schon war der Klink' er nahe.

Als Twardowski, ihn bedrängend,
Ihn von Tür und Fenster scheuchet,
Da, durchs Schlüßelloch sich zwängend,
Nimmt Reiß aus er und entfleuchtet.

Wednesday, 3 September 2008

Vuhin? Tsu a meydele - Songs of Labor

by Morris Rosenfeld

Vuhin, vuhin, du sheynes kind?
Di velt is nokh nit ofen!
O, seh, vi stil do is arum!
Far tog - di gasn steyen stum, -
Vuhin,vuhin asoy geshvind?
yetst(itst) is dokh gut tsu shlofn:
Di blumn troymen dokh nokh, - sehst?
Es shveygt nokh yeder foygelnest,-
Vuhin fort treybt es dikh azind?
Vu loyfst du, sog, beginen?
"Ikh gey fardinen!"

Vuhin, vuhin, du sheynes kind?
So speyt bay nakht spazirn?
Aleyn durkh finsternis un kelt!
Un ales ruht,es shvaygt di velt,-
Vuhin fort trogt es dikh der vint?
Du vest dokh nokh varirn!
Koym hot der tog dir nit gelakht
Vos ken dir helfn den di nakht?
Si is dokh stum un toyb un blint!
Vuhin mit laykhtn sinen?
"Ikh gey fardinen!"

Das Oreme gesind - Songs of labor

by Morris Rosenfeld

Es shteyt eyn oreme gesind`
In korthoys far dem rikhter,
Farmatert, fun lebn mid,
Mot mogere gesikhter.
Der foter is a kranker man,
Di muter - shvakh,gebrokhn:
Di oyfelakh,di bidne fir,-
Nor dare hoyt un knokhn.

O, seyer sind is ser` groys,
Is' gvaltik tsum erstoynen!
Sey hobn mer keyn heym far sikh,
Keyn dire, vu zu voynen.
Sey kuckn oyf dem rikhter itst,-
Sey kenen di grimasn,-
Sey veysn shoyn dem vildn psak
Far vandln in di gasn

Es traybt sey shoyn di g`rekhtigkayt
Als betler, vagabzndn,
Fun dorf tsz dorf, fun stodt tsu stodt,
Kimat a yor a rundn.
Sey kenen yedr tfise
Sey veysn shoyn di nores;-
Dokh starbn ober starbt sikh nit,
Es lebt sikh nokh oyf tsores.

Der muter's zung is vi gelemt,
Der foter fregt tsutrogn:
"Vu denkst du 'djudz', uns vayter itst
Mit Oyfelakh tsu yogn?
O, los uns do! Di stodt is groys,-
Mie veln efsher krign
A moltsayt ergets vu geshenkt,
An ort avu tsu lign.

"Un ob ikh ver a mol gesunt
(bay Got ken ales ver'n),
Vel ikh mayn vayb un kinder nokh
Mit tsertlikhkeyt erneren.
O, los uns, 'dzudz' , o los uns do
Farblaybn tsvishn menshn!
O, gib anstot tsu flukhn dikh,
Gelegnhayt tsu benshn!"

Der 'dzudz betrakht dem krankn man
Mit seyne bistre blikn:
"O, neyn, ikh wel aykh ale seks
Fun danen mer nit shikn.
Ir beyde nor vet musn geyn,
Di kinder veln blaybn;
Ikh vel far sey in vaysnhoys
A frayn plas farshraybn."

Der foter vert far shrek farstumt,
Di muter hobt on shreyn:
"O, neyn, dos vet in himl Got
Aykh keyn mol nit fartsayn.
Un nemt ir mayne kinder tsu,
To nemt vareynt mayn lebn;-
O, neyn, ikh vel di kinder aykh
Oyf keyn shum fal nit gebn!

"Ikh hob mit blut gesogn sey,
Ertsogn bis azinder,-
Ikh vel aykh vayter betln geyn
Un spisn mayne kinder.
Ikh veys, o 'dzudz', dos ken nit sayn,
Du lakhst es nor,du spilst nor,
O, los di oyfelakh bay mir
Un treyb uns, vu du vilst nor!"

Der 'dzudz',- er entfert nit a vort,
Makht fartig di papirn:-
Im art di muter's verter nit,
Im ken ir vey nit rirn.
Der mishpet, er is oysgeredt,-
Un ken er seyn nokh vilder?
A dopelt flukh oyf der system,
Vos shaft a selkhe bilder!

a psak (the verdict)
mishpet (the court trial)